Radość za chmurą

Po Liście do Pokera przyszły pytania. Spróbuję na nie odpowiedzieć.

Opublikowałem List do Pokera w styczniu. Głos w głowie: nie pokazuj tego nikomu. Bałem się oceny, ale opublikowałem. 4,6 tysiąca osób przeczytało.

Pisaliście, że czuliście podobnie, ale nie umieliście tego nazwać. Że przeczytaliście jednym tchem, a ktoś nawet zapłakał. Że to z Wami rezonuje. Pytaliście. O radość, o wstyd, o zbroję, o to co dalej. O rzeczy, na które nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem. W odpowiedzi na ten odzew powstał ten wpis.


Słoneczko za chmurą

Pytanie: co spowodowało, że odzyskałeś radość?

I wiesz co? Myślę, że ja jej nie straciłem. Z radością, ciekawością, miłością jest trochę tak jak ze słoneczkiem, które zawsze gdzieś tam jest. Ale nie zawsze je widać, bo jest za chmurą.

Albo przynajmniej u mnie było w kontekście pokera. Bo przyciągnęła mnie do tej gry ciekawość, bo sama gra od początku była dla mnie formą zabawy. Nie liczyły się pieniądze. Tego typu wymagania i presja przyszły później. I nie zawsze widać te pozytywne aspekty, bo schowały się za chmurą.

Ja sobie tę radość z gry po prostu zabrudziłem.

Bo odeszło poczucie bezpieczeństwa. Bo pojawił się wstyd. Bo pojawił się strach. Bo zamienił się poker z zabawy w obowiązek, z ciekawości w przymus, z radości w "muszę". I te wszystkie rzeczy przykryły radość jak chmury przykrywają słońce. Ale słońce nigdzie nie znika. Ono tam cały czas jest.

Co zrobiłem? Terapia. Praca nad sobą. Praca z ciałem. Ale najpierw krok pierwszy — w ogóle dostrzeżenie tych emocji, które we mnie były. Drugim było przestanie się z nimi utożsamiać. A niektóre ze skumulowanych emocji trzeba było po prostu uwolnić — bo to też była jedna z wielkich chmur. Burzowych chmur. Bo jestem człowiekiem. Będę odczuwał wstyd, strach. Poczucie bezpieczeństwa nie zawsze będzie pełne.

Chodzi o to, żeby stanąć sobie trochę z boku tych uczuć i powiedzieć: OK, czuję teraz strach. Ale jak tak czuję i jednocześnie jestem trochę z boku niego — to jestem w stanie też odczuwać radość. I kierować się nią.


Głos krytyka, głos nauczyciela

Pytaliście o wstyd. O winę. O to, który głos słyszę teraz.

Wstyd i wina bardzo się od siebie różnią. Wstyd mówi: jestem głupi. Jak mogłem w ogóle tak zrobić. Co sobie myślałem. Wstyd nie odnosi się do zdarzenia. Wstyd całą moją postać ściąga w dół.

A poczucie winy? Poczucie winy mówi: źle zagrałem. Poczucie winy to emocja, która pozwala wrócić do wydarzenia, wyciągnąć z niego wnioski i lekcję. Jeżeli zaakceptujemy to, co się wydarzyło w przeszłości i spojrzymy na siebie z łagodnością — a nie przez pryzmat krytyka — możemy tę przeszłość wykorzystać jako lekcję. Dobrze przepracowana jest jak nauczyciel, który mówi: zobacz, tu był błąd, może chcesz go poprawić zanim pójdziemy dalej?. Ja wiele błędów popełniałem wielokrotnie, zanim zacząłem się na nich uczyć. Między innymi dlatego, że nie umiałem zaakceptować tych błędów jako naturalnego elementu rozwoju. Tego, że działam, często na granicy strefy komfortu.

Barcelona. Asy na as-walet. Flush dla przeciwnika na turn'ie. Piętnastu graczy, milion euro do wygrania. To na pewno był wstyd. Nie "źle zagrałem w następnym rozdaniu" — tylko "jestem do niczego, nigdy nie wygram, co bym nie zrobił to i tak przegram." Utwierdzenie w przekonaniu, że los jest przeciwko mnie. Że w najważniejszych rozdaniach zawsze będzie pechowo.

Który głos słyszę teraz? Różnie. Ale częstotliwość i intensywność tych głosów zmalała. A moja relacja do nich się zmieniła — bo wstyd się czasami pojawia, ale ja potrafię z nim porozmawiać. Zaakceptować, że się pojawia. Jednocześnie nie brać go jako prawdę. A z poczucia winy czerpać energię do działania.

Terapia zmniejszyła częstotliwość, głośność. I zmieniła proporcje — bo mam w sobie więcej miłości do samego siebie.


Zbroja

Pytaliście: jaką zbroję nosisz teraz?

Z tą zbroją, z tymi maskami to jest tak, że one są nam w życiu potrzebne. Chodzi o to, żeby zakładać i ściągać je w odpowiednich momentach. Być elastycznym.

Weźmy na przykład takiego żołnierza. Ma on misję do wykonania. Zakłada zbroję i jazda. Tam nie ma rozkminki: co teraz czuję w ciele, czy się boję. Jest zadanie, trzeba je wykonać. Moment zawahania i jest po Tobie. Ale potem ten sam żołnierz wraca do domu i zbroję zostawia na progu. Tworzy bliskość z żoną, odpala swoje wewnętrzne dziecko w zabawie z synem. Z kumplem czy terapeutą szczerze rozmawia o trudnościach, które go spotykają w pracy.

Jak jedno współdziała z drugim — to mamy w pełni funkcjonalną istotę ludzką. Kogoś, kto potrafi działać pod presją, ale też pozwala sobie na chwile autentyczności. Na czucie tego, co ciało chce poczuć. Na bycie człowiekiem.

Tak to teraz widzę. Nie chodzi o to, żeby nie nosić zbroi. Chodzi o to, żeby umieć ją ściągnąć.

I w pokerze to działa tak samo. Siadam do sesji — zakładam fokus, dyscyplinę, odporność. Ale wstaję od stołu i nie noszę tego dalej. Staram się, ale nie zawsze to wychodzi. I to też jest okej. Z powtórzenia na powtórzenie będzie to łatwiejsze.


Sięganie po swoje

Pytaliście o agresję.

Kiedyś nie dawałem sobie prawa do tego, żeby się zezłościć. Miałem schemat, który mówił, że to jest coś złego. Że tak nie wolno.

A agresja sama w sobie jest energią sięgania po coś. To jest w życiu potrzebne — w kontekście pracy, biznesu, a nawet w relacji, wyrażania swoich potrzeb. Nie mylcie agresji z przemocą. Sam odruch sięgania po coś — to jest w pewnym sensie wyraz agresji.

W pokerze temat agresji jest prosty, a jednocześnie większość graczy jest pasywna i nie zdaje sobie sprawy, że agresja jest im potrzebna. Już samo podbicie na preflopie to wyraz agresji. Obrona big blinda jest wyrazem agresji — kiedy w tej obronie stosujemy 3-bety, all-in czy check-raise blefy na postflopie.

Poker jest świetny, bo jest lustrem życia. Tak jak życie — to gra o niepełnych informacjach. Podejmując decyzje, nie wiemy czy są poprawne, a nawet poprawne decyzje mogą dawać wyniki, które nie wyglądają jak „wygrana". Tyle że w życiu na informację zwrotną o decyzji trzeba czekać, często nawet długo. A w pokerze rozdania dzieją się szybko — i możemy obserwować siebie w tym laboratorium życia pod mikroskopem,.

Jeżeli w życiu nie będziemy sięgali po to, co chcemy — to mniej rzeczy, które chcemy, będziemy mieli.

A grzeczny chłopiec, który nie sięga? W pokerze nie ma szans. I w życiu — trudniej.


Od "muszę" do "chcę"

To jest chyba najbardziej praktyczna rzecz, jaką przepracowałem.

Staram się dzisiaj wyszukiwać zdania wypowiadane na swój temat, w których używam "muszę". I staram się je zamieniać na "chcę", albo zupełnie wykreślić. Jeżeli jest wzorzec typu "muszę wygrywać" — to rozwijam to zdanie w poszukiwaniu "dlaczego?", "kto to powiedział?", "co mi to dzisiaj robi?". Na przykład: Muszę wygrywać, bo jak nie wygram to jestem nic nie warty? No to biorę długopis, notes i przepisuję.

Chcę wygrywać turnieje, bo lubię rywalizację. Bo lubię grać w karty i chcę dążyć do mistrzostwa. Jeśli mi się to nie uda, to też jest ok, bo radość czerpię z samej gry i procesu odkrywania jej oraz czytania człowieka po drugiej stronie stołu.

Wygrywanie dzisiaj — czy to w pokerze, czy w biznesie — to też dla mnie taki substytut tego, że kiedyś moi przodkowie chodzili polować i wracali do domu z zasobami, które udało się im zdobyć. Wygrywanie w pokerze to wygrywanie pieniędzy — zwrot tej energii, którą zainwestowałem w działanie, w naukę, w grę, która się zwraca pod postacią pieniądza.

Wygrywanie w innych dyscyplinach sportu, które tej kasy by nie dawały — to nie byłoby dla mnie do końca to. Oczywiście samo wygrywanie mogłoby dawać satysfakcję z zrobienia rzeczy, z budowania umiejętności, z zabawy. Ale w kontekście tego porównania to za mało.

I ja chcę to robić. Chcę mieć zasoby. Chcę zapewnić bezpieczeństwo sobie i swojej rodzinie.

Ale nie muszę. To jest mój wybór.

Oczywiście jesteśmy ludźmi i czasem nam się po prostu nie chce. Ale wiesz, że chcesz. I wtedy po prostu to robisz. Nie dlatego, że musisz. Dlatego, że wybrałeś.


Bo rozwój to sinusoida

Wróciłem teraz do gry i w okresach, w których przegrywam — zwłaszcza ze słabszymi graczami — nadal aktywują się niektóre schematy. Wraca lęk: może nie jestem wystarczająco dobry. W ważnych rozdaniach, które przegrywam, wraca: ojej, w tych dużych rozdaniach będziesz przegrywał.

Rozwój, praca nad sobą — to nie jest progres liniowy. To jest sinusoida, której końce (oby!) pną się w górę.

Jak pociągniemy linię od początku do teraz — jest liniowo w górę. Ale po drodze są dołki. Upadki. Momenty, w których ten stary głos wraca i krzyczy to samo co kiedyś.

Poker jest idealnym miejscem, które te rzeczy wyciąga. I to jest jednym z powodów, dla których chciałem do niego wrócić. Nie pomimo tego. Właśnie dlatego.

Pięć lat temu lustro pokera pokazywało kogoś, kto się chowa. Dzisiaj widzę w nim kogoś innego. Kogoś bardziej autentycznego, bardziej świadomego siebie. Faceta, który lepiej wie czego chce. Który podejmuje więcej decyzji świadomie.

A jednocześnie wiem, że to nie jest praca skończona. Za pięć lat, jak znowu na siebie spojrzę — pewnie będzie ktoś trochę inny. I o to właśnie chodzi.


Most, na który boję się wejść

Pytaliście, czego się dzisiaj boję.

Ciągnie mnie do pracy z ludźmi. Bo tam jest pewien rodzaj spełnienia i satysfakcji, którego poker nie daje — bo w pewnym sensie jest zajęciem samotnym. Chyba chciałem się podzielić swoją drogą, bo tak jak ja kiedyś czerpałem z drogi innych, to być może ktoś dzisiaj może się nauczyć czegoś ode mnie. A ja, dzieląc się, uczyć się z feedbacku zwrotnego. Czerpać z tego doświadczenia.

Taki podział — pół etatu praca kreatywna przed komputerem, granie w karty, rozwijanie biznesu. A drugie pół — praca z człowiekiem. To jest to, czego mi brakuje. To jest to, w którą stronę chciałbym iść. I to jest to, czego się boję, bo jest poza moją strefą komfortu.

Ale działam pomimo tych strachów. I jakieś tam pomału kroki w tym kierunku robię. Jednym z nich jest pisanie na tym blogu.

Dzięki Waszym wiadomościom — w miejsce wątpliwości, czy dobrze zrobiłem pisząc o tym, pojawiła się przyjemna satysfakcja. Dziękuję wszystkim za te wiadomości. One są dla mnie ważne.

Ogólnie zapraszam wszystkich do pisania do mnie. Jeżeli moje teksty coś Wam robią — piszcie. Chciałbym o tym wiedzieć.


Cena zmiany

Pytaliście o to, czy coś straciłem przez odsłonięcie się.

Oczywiście po drodze straciłem niektóre relacje. Ale dzięki temu, że teraz lepiej znam siebie i jestem bardziej przy sobie — relacje, które dochodzą mi w życiu, są bardziej karmiące i po prostu ciekawsze, bo już tam nie udaję kogoś, kim nie jestem, tylko dlatego żeby się dopasować.

Dużo relacji zaczęło się też zmieniać razem ze mną. I to jest bardzo ciekawe w kontekście tego: chcesz zmienić świat, zacznij od zmieniania siebie. Mogę z całą pewnością to potwierdzić.

Najbardziej to widać w relacji z moimi rodzicami, ale też z innymi bliskimi mi osobami czy przyjaciółmi. Te relacje zyskały dodatkową głębię w momencie, kiedy ja się zacząłem zmieniać, a te osoby też w jakiś sposób zaczęły na to pozytywnie odpowiadać.

Zdecydowanie zyskałem.


Wstyd, strach i inne emocje ciągle się pojawiają. I pojawiać się będą — bo są naturalnym elementem naszego życia. Chodzi o mój stosunek do nich. O moją relację z nimi.

Idąc na terapię czy jadąc na Vipassanę, wydawało mi się, że moim celem jest lepsze granie w karty. Można powiedzieć, że to była prawda. Ale tam głębiej chodziło o dużo więcej niż tylko o granie w karty. Chodziło o lepszą jakość życia.

Dziękuję za pytania. Za wiadomości. Piszcie czego potrzebujecie. I dajcie znać poniżej czy Wam się podobało.

Paweł

← All posts